O autorze
Zadaniem Fundacji „Instytut Lecha Wałęsy” jest skupianie wielu środowisk społecznych wokół ciągle aktualnych idei i postulatów decentralizacji państwa, upowszechnienie zasad moralnych w działalności politycznej i pielęgnowanie tradycji niepodległościowej. Instytut wspiera również prodemokratyczne ruchy poza granicami Polski. Dzięki licznym programom „Solidarni z…” realizuje postulaty międzynarodowej solidarności, wspierając ludzi walczących o swoje prawo do wolności. Wszystkie te działania nie byłyby możliwe gdyby nie fundator Instytutu -Lech Wałęsa….. elektryk, stoczniowiec, przywódca strajków, sygnatariusz porozumień sierpniowych, laureat Pokojowej Nagrody Nobla , legendarny przywódca Solidarności, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, ambasador demokracji, strażnik wolności i mąż stanu, w końcu fundator „Instytutu Lecha Wałęsy”

Oficjalna strona:
www.ilw.org.pl

Facebook:
http://www.facebook.com/instytutlechawalesy
http://www.facebook.com/lechwalesa

YouTube:
http://www.youtube.com/user/instytutlechawalesy

Nieme rozmowy - relacja z Sahary Zachodniej

fot: Bartek Sabela
Mahfouda poznałem w Algierze na konferencji pod pięknym i wzniosłym tytułem „Peoples' Right to Resistence. The case of Sahrawi People”. Konferencja, na którą trafiłem zresztą dość przypadkowo, zorganizowana została przez POLISARIO oraz CNASPS (Comitè National Algérien De Solidarité Avec Le Peuple Sahraoui). Stałem w korytarzu, rozmawiając z pewną Amerykanką, pracującą niegdyś w strukturach MINURSO. Właśnie opowiadała mi, jak po kilku latach pracy zrezygnowała ze swojego stanowiska w misji ONZ-etu. Przerwała nagle swą opowieść i wskazała na grupę ludzi wchodzących do hotelowego lobby.

Bartek Sabela


- Widzisz tych chłopaków? Ciekawe, że pozwolili im tu przyjechać. Idź, porozmawiaj z nimi, oni przyjechali z terenów okupowanych. Możesz nie mieć innej okazji. Jeśli tam pojedziesz, Marokańczycy zadbają o to, byś się z nimi nie spotkał. Zrozumiesz też, dlaczego nie chcę już pracować w MINURSO.

Przez korytarz pięciogwiazdkowego rządowego hotelu w Algierze szło dumnie kliku, ubranych w tradycyjne saharyjskie szaty, młodych mężczyzn. Jeden z nich na szyi miał przewiązaną czarno-biało-zielono-czerwoną flagę swego nieistniejącego państwa, tak by półksiężyc z gwiazdą spoczywał na jego piersi. Mahfoud miał na sobie jeszcze jedną charakterystyczną rzecz: opaskę na twarzy, za którą krył pamiątkę po ostatnim spotkaniu z marokańską policją.

*

Pod koniec stycznia zadzwonił do mnie, po raz kolejny zresztą. Nasze rozmowy, prowadzone przez skajpa są dość nietypowe, bo... nieme. Ja nie mówię po arabsku, on zaś mówi tylko w tym języku. Dobrodziejstwem okazuje się internetowy tłumacz, do którego wklejam cierpliwie arabskie literki wyskakujące w czatowym okienku. Ja siedzę w fotelu, pod ręką herbata - zaparzona nota bene w stylu saharyjskim, mocna i słodka - on siedzi w ciemnym pomieszczeniu, ledwo widzę zarys jego postaci oświetlonej jedynie niebieskawym blaskiem monitora.

- Zaparzyłeś jedną dla mnie? Ja mam jedną dla Ciebie. Herbatą zawsze trzeba się dzielić - słyszę jego cichy śmiech. - Słuchaj, jest niedobrze, tym razem mam chyba poważne kłopoty. W Smarze jest pełno policji i wojska, miasto jest niemalże otoczone. - Widzimy się nawzajem, ale bariera językowa uniemożliwia nam swobodną rozmowę. Słychać jedynie cichutkie stukanie w klawiaturę po obu stronach. Zrozumiałem po chwili, że mój saharyjski kolega właśnie się ukrywa, a internet jest jego jedyną możliwością kontaktu ze światem. Jak prawie każdy młody Saharyjczyk, Mahfoud aktywnie działa w podziemnych strukturach POLISARIO. Jest także żywym dowodem tego, że Maroko pomyliło się w swej polityce. Król liczył na to, że nowe pokolenie Saharyjczyków, urodzone już pod okupacją, odłoży na bok rewolucyjne ideały walki o niepodległość, posłusznie przyjmie marokańskie zwierzchnictwo i zasymiluje się z ludnością marokańską. Jak się okazuje, jest dokładnie odwrotnie. Lata terroru marokańskich władz, niemoc i hipokryzja organizacji międzynarodowych, odległość od własnego rządu na uchodźstwie nie zabiły w młodych Saharyjczykach tożsamości narodowej.

- Ile kosztuje mały aparat fotograficzny w Polsce? - pytanie dziwi mnie na początku, ale po chwili Mahfoud wyjaśnia: – Muszę mieć aparat, żeby nagrywać, co się tu dzieje na ulicach. Policja zniszczyła mi ten, który miałem. To dla nas jedyna możliwość, musimy pokazywać światu, co się tu dzieje. W telewizji tego nie zobaczysz. A tu nie można kupić aparatu, Marokańczycy zakazali. Przywieziesz mi z Polski?

Mahfoud ma rację. Tego, co dzieje się na co dzień na ulicach miast Sahary Zachodniej, nie zobaczymy w naszej telewizji. Nie zobaczymy też w BBC czy Al Jazeerze. Dostaję od niego kilka linków, filmy z maja, potem z sierpnia, kręcone komórką z ukrycia przez ludzi takich jak on. Na jednym z nich widać kilku ubranych na czarno marokańskich policjantów. Uzbrojeni w pałki i pistolety, ich twarze zasłonięte są kaskami. Próbują wyważyć drzwi do jakiegoś domu. Kopią, jeden za drugim, uderzają pałkami, ale niebieskie metalowe drzwi nie chcą się poddać. Przerwa, obraz robi się nieostry, zamazany. Po chwili znów ulica. Teraz policjanci, wyglądający jak postacie z jakiegoś fantastycznego filmu, wleką ubraną w kolorowy strój kobietę. Ciągną ją w kierunku policyjnego auta. Ta próbuje się bronić, ale ciężkie policyjne buty przyciskają ją do krawężnika, a pałki pacyfikują wszelki opór.

*

Smara jest drugim co do wielkości miastem Sahary Zachodniej, z ludnością na poziomie 45 tysięcy. Jest także ważnym centrum kulturalnym i religijnym. W Smarze, w której właśnie ukrywa się Mahfoud, jest oczywiście misja MINURSO. Te wszystkie sceny, które oglądam na przesłanych przez mojego kolegę filmach, dzieją się pod okiem misji pokojowej Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pracownicy ONZ-etu obecni są we wszystkich większych miastach Sahary Zachodniej. Ale zza okien swych białych, klimatyzowanych biur mogą jedynie biernie obserwować marokański terror. Rada Bezpieczeństwa, chroniąc interesy Maroka, od 23 lat nie chce udzielić swojej własnej misji mandatu umożliwiającego monitorowanie praw człowieka. 500 km na wschód, po drugiej stronie marokańskiego muru, nieopodal algierskiego miasta Tindouf, znajduje się inna Smara – obóz uchodźców z Sahary Zachodniej, którzy schronili się tu przed marokańską inwazją. Wilaya Smara jest tymczasowym domem dla 60 tys. Saharyjczyków. Tymczasowość ma tu jednak przytłaczający wymiar, bo trwa od blisko 40 lat. Razem z kilkoma innymi obozami – El Aaiun, Bużdur, Awserd i Dakhla - nazwanymi tak jak miasta, z których zostali wygnani ich mieszkańcy, tworzy jedyne w swoim rodzaju państwo na uchodźstwie. Czas płynie tu nieznośnie wolno i odmierzany jest kolejnymi szklankami gorącej, słodkiej zielonej herbaty. Ten swoisty niebyt, stan ni to wojny, ni pokoju jest codziennością około 200 tysięcy Saharyjczyków. Ludzie mają tutaj dużo czasu, by dzielić się swoimi historiami.

- Może Ci się wydawać że moja opowieść będzie czymś nadzwyczajnym, ale tak nie jest. To samo ma za sobą wielu z nas. I to samo jest teraz udziałem wielu z tych, którzy są po drugiej stronie muru, tych młodych ludzi którzy manifestują na ulicach, tych którzy brali udział w Gdeim Izik - mówi Sidi Mohamed, goszcząc mnie w swoim namiocie. Z jego oczu bije ten rodzaj absolutnego spokoju i siły, który widać u ludzi, których już nic nie jest w stanie zaskoczyć. - Byłem w POLISARIO od samego początku, od 1974 r., gdy walczyliśmy jeszcze przeciw Hiszpanom. Wtedy to nie przypominało jeszcze armii
. - W muzeum wojskowym w Rabuni (obóz administracyjny, w którym znajduje się większość instytucji państwa na wygnaniu) jest wystawa poświęcona pierwszej bitwie wojsk POLISARIO. W gablocie dumnie wyszczególniony stan oddziału Polisario – 17 żołnierzy, 10 strzelb, 2 lornetki, 4 wielbłądy, 2 siodła. Niespełna dwa lata później ta partyzancka armia stawiła czoło wojskom Maroka i Mauretanii wspieranej przez Francję, jednocześnie osłaniając ucieczkę swojej ludności do Algierii. - 6 listopada 1979 r. mój oddział, liczący wtedy około 300 żołnierzy, zaatakował pas transmisyjny, którym Maroko wywoziło fosforyty z naszych kopalni w Boucraa. Ale mieliśmy pecha, przeliczyliśmy się. Dostałem się do niewoli razem z siedmioma innymi chłopakami. Wtedy jeszcze nie podejrzewałem, że następne 17 lat spędzę w marokańskim więzieniu. - Sidi nalewa powolutku pierwszą szklaneczkę herbaty, dbając o to, by na powierzchni utworzyła się charakterystyczna gęsta pianka. Jak mówią Saharyjczycy, pierwsza szklanka jest gorzka jak życie. - Tam zobaczyłem, co to znaczy nienawiść, cierpienie, głód, choroba, poniżenie. W więzieniu Marokańczycy próbowali wszystkich sposobów, byśmy się poddali. Najpierw zaproponowali, że nas zwolnią na terytoriach okupowanych. To było dla nas oczywiście nie do przyjęcia. Nie moglibyśmy wrócić do naszych oddziałów i oznaczałoby to zgodę na okupację. Chcieli ponadto, byśmy poprosili króla o łaskę, byśmy się uniżyli i uznali jego władzę. Następnie starali się nas po prostu przekupić obietnicami przywilejów, korzyści materialnych. Mówili: dostaniesz dom, ziemię, dobrą pracę, tylko uznaj Hasana II jako swojego króla i pokłoń się mu. Ale my byliśmy nieugięci. Nasza pozycja była jasna: jesteśmy żołnierzami Frontu POLISARIO, walczymy o niepodległość naszego kraju i nie ma mowy o proszeniu o łaskę ani o uwolnieniu na terytoriach okupowanych. Jasno powiedzieliśmy: jeśli chcecie nas uwolnić, to zróbcie to przez ONZ i przekażcie nas POLISARIO, tylko na to się zgadzamy. W 1986 przeniesiono nas do głównego więzienia wojskowego w mieście Kenitra, 40 km na północ od Rabatu, miejsca słynnego, owianego złą legendą. Byliśmy w pojedynczych, malutkich celach. Pomimo ciężkich warunków, tortur psychicznych i fizycznych, głodu i zimna przez całe te lata nasza odpowiedź na żądania Marokańczyków była jedna i ta sama. To król powinien nas prosić o łaskę, bo najechał nasz kraj! Represje, jakim byliśmy poddawani, zmieniały się w zależności od tego, kto był za nie odpowiedzialny - niektórzy byli bardziej humanitarni, inni mniej, jedni mieli więcej fantazji, inni mniej.

Wokół Sidiego biega gromadka dzieciaków. Psocą, rozrabiają, czasami przynoszą jakiś poczęstunek w postaci cukierka lub daktyla. „Haima”, czyli namiot, w którym siedzimy, jest obszerny, wyłożony niebieskimi i żółtymi tkaninami. Do Sidiego trafiłem przypadkiem, przez mojego nieocenionego pomocnika i tłumacza Omara. W obozach, nawet tych największych jak Smara i El Aaiun, w zasadzie wszyscy się znają.

- Moja cela miała dwa metry dwadzieścia na metr piętnaście szerokości - pokazuje rękoma Sidi - Była w niej prycza i toaleta w rogu. To wszystko, nie miała nawet okna. I nie była wyjątkowa, wszystkie były takie same. Po podłodze biegały szczury. Potrafisz sobie wyobrazić całe lata, długie lata na powierzchni dwóch metrów kwadratowych? Czasami, w zależności od humoru naczelnika, w ogóle nas z tych cel nie wypuszczali. Pamiętam taki okres w 1982, gdy nie pozwolono nam wyjść z celi od stycznia do czerwca. Otwierali tylko otwór w drzwiach by podać nam jedzenie. W czerwcu zmarł dyrektor więzienia, na jego miejsce przyszedł nowy, który pozwolił nam wychodzić codziennie na godzinny spacer. Poprawiło się też jedzenie, dostaliśmy cieplejsze ubrania. Ale jak się okazało, nie robił tego z dobroci serca, był to po prostu pewien podstęp. Po paru tygodniach znów zażądano od nas, byśmy prosili króla o łaskę. Odmówiliśmy, spacery się skończyły, lepsze jedzenie również. Mało tego, wprowadzono absolutny zakaz rozmawiania między więźniami. Wcześniej jakoś sobie radziliśmy. Cele były jedna obok drugiej wzdłuż korytarza. Każda miała w ścianie cztery malutkie otwory, wielkości palca, nie wiem po co. Ale dawało się przez nie rozmawiać. Przez taki otwór udawało się również przecisnąć kawałek papieru. Wyobraź sobie, że kilku z nas w ten sposób nauczyło się czytać! Po pół roku warunki znów się polepszyły, znów mogliśmy wychodzić na spacer, więc zaczęliśmy się uczyć pisać na piasku.

Sidi Mohamed był jednym z tak zwanych 66. Każdy Saharyjczyk zna historię 66 więźniów, których Maroko przetrzymywało przez 17 lat. Są bohaterami narodowymi. Wielu z nich pracuje dziś na wysokich stanowiskach. Sidi jest inspektorem wojskowym.

- Najgorsze było to, że jak się potem dowiedzieliśmy, przez wszystkie te lata nasze rodziny nie wiedziały, co się z nami stało, uznano nas za zaginionych. Gdy POLISARIO pytało się o nasz los, Maroko nie dawało żadnej odpowiedzi. My natomiast wiedzieliśmy dobrze, co się dzieje, mieliśmy na to swoje sposoby. Zapytasz pewnie a gdzie był wtedy ONZ i inne organizacje? Dopiero w kwietniu 1993, po 14 latach, Maroko po raz pierwszy pozwoliło na wizytację Czerwonego Półksiężyca. Przyjechała duża delegacja w towarzystwie marokańskiego generała. Pierwsze, co zrobiliśmy, to poprosiliśmy, by pokazali nam swoje paszporty. Nie dlatego, że im nie ufaliśmy. Wiedzieliśmy po prostu, co stało się w 1986 w Aaiun. Władze ogłosiły wówczas, że do miasta przyjeżdża delegacja ONZ. Owszem, przyjechała, tylko że składała się w całości z Marokańczyków. Ludzie wyszli na ulice, zorganizowali manifestację, wierząc, że to ONZ. Wszyscy trafili do więzień. A potem, gdy aktywiści siedzieli już w celach, faktycznie przyjechała delegacja ONZ, ta prawdziwa. Dlatego poprosiliśmy ich o paszporty. Widząc to, jeden z oficerów zaproponował, że będzie naszym tłumaczem, ale odmówiliśmy. Ja na szczęście mówiłem dobrze po francusku. Opowiedzieliśmy im wszystko. Od tego czasu wizytacje odbywały się co pół roku, warunki w więzieniu trochę się polepszyły. Domagaliśmy się, by mogły nas odwiedzić nasze rodziny. I w końcu się udało, mogli nam nawet przywieźć prezenty.

Przez cały ten czas zbierałem się w sobie, by zadać Sidiemu pytanie o tortury stosowane w więzieniu. Klika dni wcześniej byłem w instytucji o nazwie AFAPREDESA (Asociación de FAmiliares de PREsos y DEsaparecidos SAharauis) zajmującej się 'desaparecidos' czyli ludźmi, który zniknęli w niewyjaśnionych okolicznościach. AFA mieści się w malutkim budynku w centrum obozu Bużdur. Przed wejściem duże malowidło z twarzami kilkunastu 'zaginionych' na tle flagi SADR. Skalę zjawiska pokazuje proste porównanie. Przez ponad 100 lat hiszpańskiej okupacji zanotowano jeden przypadek 'zniknięcia'. Podczas okupacji marokańskiej od 1975 roku „zaginęło” ponad 4500 osób, w tym również kobiety. Dziś za zaginionych nadal uznaje się 526 osób narodowości Sahrawi. Do tego w więzieniach jest około 30 więźniów politycznych, w większości skazanych na dożywocie lub wieloletnie pozbawienie wolności. W biurze organizacji można również znaleźć opisy tortur jakie stosuje się w więzieniach. Gwałty, rażenie prądem, wieszanie do góry nogami, przypalanie papierosami, bicie pałką to tylko niektóre z nich. Działalność na AFAPREDES-y na terenach okupowanych jest oczywiście zakazana.

- Tortury miały wymiar głównie psychiczny, najczęściej po prostu morzyli nas głodem, to było najprostsze i dość skuteczne. Byliśmy w końcu jeńcami wojennymi - kontynuuje Sidi, nalewając drugą szklaneczkę herbaty. Druga jest ponoć słodka jak miłość. - Dostawaliśmy małą porcję gotowanego w wodzie makaronu. Albo kawałek chleba. I to wszystko, na cały dzień. Próbowali też nas szantażować, mówili że rewolucja się skończyła, że Mohamed Abdelaziz, nasz przywódca został zabity, że przegraliśmy wojnę. My byliśmy pewni swego i odpowiadaliśmy, że wcale się nie skończyła, bo jeszcze mają 66 więźniów! A gdy wojna faktycznie dobiegła końca, nie powiedzieli nam o tym, dowiedzieliśmy się przypadkiem. W 1990 przyjechał do nas jakiś wysoki oficer, po to by sporządzić akta na temat każdego z nas. Facet dość dużo gadał i tak dowiedzieliśmy się o rozpadzie ZSRR, o sytuacji w Algierii, oraz o tym, co nas najbardziej dotyczyło, czyli o działaniach ONZ zmierzających do zawieszenia broni. Poza tym udało nam się przekupić jednego ze strażników. Kupił nam takie malutkie radyjko, jeden z nas ukrywał je potem w swojej toalecie. Nocą słuchał naszej saharyjskiej rozgłośni radiowej, Głos Sahary, i rano przekazywał nam wszystkie informacje. Czasami też strażnicy przynosili nam gazety marokańskie. W 1993 po wizycie Czerwonego Półksiężyca dali nam nawet mały telewizor, oczywiście tylko z marokańską telewizją, ale i to było dobre. Ale nawet po zakończeniu wojny nie wiedzieliśmy, kiedy nas wypuszczą. Zrobili to dopiero w październiku 1996, 5 lat po zawieszeniu broni! Pamiętam dobrze, że z więzienia odebrali nas ambasadorzy USA i Niemiec. Przylecieli z nami aż tutaj, do obozów, 31 października 1996. Tu czekała nas wielka uroczystość, byliśmy witani jak bohaterowie. Spędziłem w więzieniu 17 lat swojego życia, dziś mam 58 lat.

- Mam rodzinę na terenach okupowanych, w Aaiun - kończy swą opowieść Sidi – Niektórych nie widziałem od 35 lat. To zresztą też nic nadzwyczajnego tutaj, każdy w obozie ma rodzinę, która została po drugiej stronie muru. Dlaczego tam nie pojadę? Nigdy więcej nie chcę widzieć nad swoją głową marokańskiej flagi.




*

Wiosną Rada Bezpieczeństwa tradycyjnie, jak co pół roku, będzie głosować nad przedłużeniem mandatu misji MINURSO. Pewne jest to, że obecność misji zostanie przedłużona. Jej wycofanie mogło by mieć nieobliczalne skutki dla rejonu, co za tym idzie dla interesów światowych mocarstw, zwłaszcza Francji. Pewne jest także to, że mandat MINURSO nie zostanie rozszerzony o monitorowanie praw człowieka. Z tych samych względów. Od dwóch tygodni moje maile do Mahfouda pozostają bez odpowiedzi. Na internetowym komunikatorze widać jedynie jego postać ubraną w czarno-biało-zielono-czerwone barwy.



Zapraszamy na portal Mghreb+

Trwa ładowanie komentarzy...